Jako że moja Beta, jest z ortografią równie zapanbrat co ja, to pewno nadal sporo w tym błędów. Ale oto pierwszy rozdział, a raczej wstęp do #MerySueFanfictionChallenge w alternatywnym uniwersum Gwiezdnych wojen :)
Jak stworzyć tajemnicę? Ukrywając skarb? Pozorując morderstwo? Powtarzając 10 osobą, o niezbyt silnej skłonności do dyskrecji tę samą historię jako ściśle tajną? Mistyfikując zdjęcie ducha?
To sposoby dla dzieci. Osoby takie jak ja, wiedzą, że by powstała tajemnica, ona wcale nie musi istnieć. Nie potrzeba tajemniczych zdarzeń, dziwnych dowodów i znaków. Wystarczywszy, że jest ktoś, kto będzie tej tajemnicy szukał.
Jak znaleźć więc kogoś kto poszukuje tajemnic? Cóż, najlepiej zostać nim...samemu.
Razortown miało jednak swój sekret od dawna. Podobno wieki temu miasto wybudowano jako strażnicę, strzegącą pewnej jaskini. Wejście do niej zakamuflowano tak dobrze, że po kilkuset latach, obrosła legendą nad którą wyrosła wioska, potem miasteczko, potem metropolia. Legenda stała się opowiastką ludową, a potem zapomnianym mitem, odnalezionym po kolejnych wiekach i przerobionym na slogan reklamowy napojów wyskokowych. Twórcy tych napojów byli w swoim fachu na tyle dobrzy, że stał się on nie tylko ogólnoplanetarną marką ale był znany nawet w światach jądra i na naprawdę odległych rubieżach. Nikt już nawet nie przypuszczał, że kampania reklamowa marki piwa ma w sobie ziarno bardzo mrocznej legendy, która niegdyś dla mieszkańców RazorTown, była czymś bardzo namacalnym i prawdziwym.
Byli jednak tacy, którzy znali legendę. Być może dla tego, że sami stali się jedną z nich. Od wieków obawiali się, że to co dziś jest mitem może nagle powrócić. Tak samo tajemnica jaskini, jak i oni sami być może kiedyś będą zmuszeni ujawnić się światu na nowo.
Prolog: Chłopiec
Słońce wzeszło nad uśpionym miastem. Blade promienie oświetliły okna i drzwi małego baru w samym centrum, wpadając słabym blaskiem do pomieszczenia. Była godzina druga, uznawana tutaj za środek nocy, jednak w tych regionach planety jasno było przez 30 z obowiązujących tu 32 godzin doby-późnej-pory-roku. Panele słoneczne pokrywające niebo z cichym szumem budziły się do życia, stopniowo pochłaniając część światła, tak że nie po zmieniała się w blado złotą surrealistyczną kratę. Godzina Agamy- przeklętego boga słońca wybiła. Parę osób dopijało drinki, inny spali na krzesłach, jakaś para tańczyła mimo braku muzyki. Wszyscy w barze byli ludźmi, jak 90% populacji planety. Już od czasów Starej Republiki świat był wrogo nastawiony do obcych, nawet tych którzy także byli rasy ludzkiej. Podróże kosmiczne były tu naprawdę rzadkością i wymagały specjalnych biznesowy lub turystycznych wiz. Jedynymi osobami nie wpasowującymi się w senną atmosferę tego miejsca, była siedząca przy jednym ze stolików dwójka ludzi.
Dwóch chłopców, jeden sprawiał wrażenie bycia przyciągniętym tam wbrew własnej woli studentem czegoś trudnego i wymagającego nienagannych manier, zapewne chemii stosowanej, tak popularnego i trudnego kierunku okolicznej renomowanej akademii. Drugi...był nadal dzieckiem, najwyżej 12 letnim, który zdawał się być zmuszony towarzyszyć starszemu bratu z polecenia nadopiekuńczej matki, która to jednak nie miała bladego pojęcia co jej synowie porabiają nocą w barze, ani że w ogóle tam są.
Chłopcy najwyraźniej na coś czekali, niezbyt zadowoleni z faktu, że owo coś bardzo się spóźnia. Z drugiej strony, można było odnieść wrażenie że obaj mieli nadzieję że to coś nigdy nie przyjdzie i będą mogli w spokoju wrócić do własnych zajęć.
Starszy z nich miał kruczoczarne, krótkie włosy sterczące niemal pionowo do góry. Na krótkim zadartym nosku nosił parę eleganckich okularów z za których spoglądały przenikliwe blado błękitne oczy. Był nie wysoki, szczupły i szeroki w ramionach. Ubrany był w bluzę od garnituru i spodnie jakiejś drogiej marki. Młodszy chłopak miał podobny strój,ale w odróżnieniu od kolegi jego bluza była krzywo zapięta a spodnie brudne. Na głowie miał burzę rozczochranych brązowych włosów które chyba nigdy nie widziały grzebienia i zakrywały mu część twarzy. On także miał blado niebieskie oczy. Był niski i pyzaty. Co chwila zerkał na swojego towarzysza, jakby pytając czy już mogą stąd iść , albo czy to na co czekają łaskawie w końcu się zjawi.
-Cierpliwości- odezwał się starszy z chłopców- pamiętaj co ci mówiłam.
-Tak, mistrzu - mruknął pod nosem młodszy chłopak przewracając przy tym oczami.
-Tristen! mówiłem ci żebyś mnie tak nie nazywał- odparł starszy, głosem przypominającym skrzyżowanie szeptu z krzykiem
-Mówiłeś- odparł Tristen- mówiłeś też, że coś tu wyczuwasz. Tym czasem jedyną ciekawą rzeczą jaka przytrafiła mi się w ciągu ostatnich godzin, było bierne upicie się oparami chyba wszystkich tanich alkoholi jakie widziało to miasto.
-Nie mówiłem, że będzie ciekawie- odparł spokojnie starszy chłopak- Mówiłem za to, że masz mnie słuchać! Czekamy tu do drugiego świtu i...ja mam nadzieję że nie wydarzy się nic, jak to ująłeś, ciekawego. Poza tym wizja to nie coś co na pewno się zdarzy, a przyszłość jest wciąż w ruchu. Być może już przez samo przyjściem tu zapobiegliśmy jakiejś tragedii.- dodał rozglądając się po sali. - jeszcze najwyżej dwie godziny i wrócisz do obijania się przed którąś z tych twoich holo gierek.
-Nudzę się- powiedział cicho młodszy chłopak- jak mam walczyć z Sithami jak ich nigdzie nie ma. Te gierki to jedyna możliwość żeby ich ...
-Cicho!- skarcił go starszy, przykładając mu jednocześnie dłoń do ust. - wiesz co będzie jak ktoś się dowie kim jesteśmy?
-A co niby ma być Tarisan? Uwierzy ktoś?- Tristen odsunął dłoń kolegi od swoich ust- poza tym wiesz, że jak tak bardzo nie chcesz być moim mistrzem to się nie obrażę, i tak mnie komuś wcisną. Ostatnimi czasy takie pomyłki natury jak ja sa niezwykłą rzadkością.
Tarisan spojrzał na młodszego chłopca smutnym wzrokiem.
- Starczy tego, wychodzimy-odparł wstając.
- Ta, czyli to miała być lekcja cierpliwości a ja oblałem- wymruczał pod nosem Tristen, również wstając.
-I ty się dziwisz, że nikt cię nie chce?!- skwitował Tarisan- Ale przykro mi, już wciśnięto cię mnie, i niestety wyraziłam na to zgodę... pomyłko...
Nim do Tarisana dotarło to co powiedział, Tristen wybiegł z baru potrącając przy tum stolik na którym spała jakaś dziewczyna.
-Czekaj ja...- krzyknął za nim lecz drzwi pomieszczenia trzasnęły z hukiem i chłopiec zniknął.
Tarisan stał jak wmurowany w podłogę. "Dlaczego powiedziałam coś takiego" dziwił się. "Dlaczego za nim nie biegnę?!" Jednak mimo tych myśli nadal stał w miejscu tępo pacząc na zatrzaśnięte drzwi baru. Nie mógł się ruszyć, nie było to przerażające ani niezwykłe. Miał wrażenie że stoi w miejscu bo tylko tego w tej chwili chcę, choć przecież nie chciał. Chciał wybiec za swoim uczniem jak najszybciej ale, nie mógł. Zamknął oczy, wziął głęboki oddech. "Czy to nadchodzi kolejna wizja. Nie, proszę nie teraz. " Jego wizje, przynosiły zazwyczaj dziwny skutek, tracił poczucie rzeczywistości i niczym lunatyk po transie budził się nagle w innym miejscu pamiętając tylko strzępy informacji i zdarzeń, poza tym to było bolesne ... strasznie bolesne. Postarał się oczyścić myśli po czym zrobił krok do przodu, a za nim drugi i trzeci. Odrętwienie minęło tak jakby nigdy nie miało miejsca.
-Mój drink - dziewczyna potrącona przez Tristena niezdarnym ruchem podniosła się z podłogi. Zarówno mały stolik przy którym siedziała jak i to co na nim stało, leżało smętnie wywrócone na zakurzoną podłogę. Tarisan otrząsnął się już zupełnie z szoku i ruszył w stronę drzwi, nie zaszczycając marudzącej nietrzeźwej kobietki spojrzeniem. Minął ją zdegustowany i złapał za klamkę... i ponownie nie mógł się poruszyć.
-Powiedziałam, że wylaliście mi drinka- Tristen miał wrażenie że dziewczyna stoi tuż za nim i szepce mu do ucha. Jej głos nie brzmiał jak pijacki bełkot, bardziej jak..groźba.
Odwrócił się jak najszybciej potrafił, odruchowo sięgając do wewnętrznej kieszeni kurtki. Dziewczyna nadal stała jednak przy przewróconym stoliku lamentując pod nosem nad rozlanym alkoholem.
***
Daleko za murami miasta coś otworzyło wielkie oko.
-czy to...już?
Zapytało donośnym chrapliwym głosem.
-tak - odpowiedziała mu męska postać, zbliżając się powoli w stronę stwora - sądzę że to już, pora wyznaczyć pierwszy cel.
- co z Muiraly ?- zapytało.
- Nie ma daru widzenia, wystarczy być ostrożnym i nie wejść jej w drogę, niesprowokowana zostawi nas w spokoju.
***
Dziewczyna nie wydawała się w żaden sposób dziwna. Jedynym nietypowym szczegółem jej wyglądu były wręcz śnieżno białe włosy, i dziwny respekt jaki budziła mimo swych drobnych kształtów. Ubrana była niechlujnie, jakby spędziła w tym barze nie jedna sycie zakrapianą noc ale co najmniej kilka i to pod rząd. Spojrzała urażonym wzrokiem na Tarisana.
-Co ci chłopie strzeliło do tego pustego łba żeby zabierać dziecko do knajpy na pół nocy? Zero odpowiedzialność.- wypaliła ni z tego ni z owego- Durny szczeniak- dodała pól głosem odwracając się i wracając do swojego stolika. Uklękła i podniosła go, ocierając rękawem blat z kurzu i resztek trunku.
Tarisan zazwyczaj nie zwracał uwagi na tego typu przytyki. Miał swoja robotę której większość ludzi nie była w stanie pojąć. No i własnie bez powodu nakrzyczał na swojego przyszłego niedoszłego padawana. Jednak tym razem poczuł się urażony.
-Uwazaj na słowa panienko, nie wiesz kim jestem!- wypalił. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę co i jak mówi oraz że stoi na środku pomieszczenia w pozycji bojowej przed śmiejąca się do rozpuku dziewczyną która to nagle przestała przypominać pijaną. Nie wiedział co się stało, zupełnie jakby ...
- Wy, szlafroki macie w dzisiejszych czasach wyjątkowo słabe umysły- odparła dziewczyna wciąż się śmiejąc.
-jak mnie...-nazwałaś - chciał dokończyć lecz dziewczynka przerwała mu.
Jej dobry nastrój zniknął bez sladu
-ten twój bachor poleciał prosto do dzielnicy Urlaków, cholera... chciałam się tylko podrażnić, dawno żadnego z was nie widziałam. Ale nie chce mieć kłopotów przez taką kiepską mamuśkę jak ty.-powiedziała patrząc mu w oczy.
W tej chwili dostrzegł ze dziewczyna ma złoto czerwone tęczówki.
-Jesteś...- wyszeptał, czując że ogarnia go przerażenie.
-przyprowadzę ci go -dziewczyna definitywnie nie słuchała, a przynajmniej nie zwracała uwagi na to że w ogóle coś mówił. A on nie wiedział co zrobić. Raz w życiu spotkał już Sitha i nie skończyło się to dobrze. Jego przeczucia musiały prowadzić do niej. Miał plan na taki wypadek ale teraz... po prostu, znowu stal jak sparaliżowany. Czyżby grzebała mu w umyśle. Czy to dlatego nakrzyczał na Tristana? W tej chwili jednak cieszył się ze mały uciekł. Szkoda tylko że dzieciak nigdy się nie dowie, ze mu przykro, i że naprawdę chciał go na ucznia. Wiedział co zaraz nastąpi, i mimo lat szkolenia, nie był na to gotowy. Miał tylko nadzieję że Tristen uciakł daleko i ta kobieta go nie znajdzie.
- bliżej mi do bycia Sithem niż szlafrokiem- odparła nagle dziewczyna ruszając do drzwi- Choć wasze dane o tych waszych mrocznych konkurentach pochodzą z przed dwóch trzech tysięcy lat. A miłujący święty spokój Jedi nigdy nie byli w stanie pogodzić się z tym, ze świat się zmienia. To nie mnie wyczułeś i nie siedzę ci w głowie , no prócz podsłuchiwania. - mrugnęła do niego okiem - Ale bada cie ktoś inny, kto aktualnie bardzo się dziwi twoim myślą i sądzi że go sondujesz. Ja jak już wspomniałam, nie chce kłopotów. Więc idę uratować twojego pieska. Jak mi tu wykończą miniaturkę Jedi to zwali się was tu niezły tabun i będę musiała się dożerać z pospólstwem.
Wyszła zostawiając zdziwionego Tarisana samego.
-Kto to jest? -wyszeptał do siebie, nie mając pojęcia co robić.
***
Wielkie oko zamknęło się. A świat w okół niego zaczął otaczać się chłodem.
-ruszajcie- zabrzmiało echo niewypowiedzianych słów.
Notka Historyczna:
Od bitwy o Yawin minęło dokładnie 8218 standardowych lat. Zakon Jedi praktycznie nie istnieje. Galaktyka nie jest zrzeszona ani w republikę ani imperium. Ogólna Unia galaktyczna obejmująca 94% zamieszkałych światów to twór jedynie na papierze. Mistrzowie zeszli do podziemi już około 2000 lat temu. Nowych adeptów poszukuje się tylko z pośród sierot. Stasze "dzieci" (do zakonu można dołączyć w dowolnym etapie życia, nawet jako staruszek, lecz jest się zwanym dzieckiem) odnajdują organizację same, lecz nigdy nie otrzymują prawa do zdobycia tytułu mistrza. Zakonów Sith, lub też bractw czy sekt, istnieją setki tysięcy. Nie każda z nich uważa się za mroczną. Łączy ich dążenie do zdobycia potęgi. Zwą się różnie, lecz przez Jedi wszyscy określani są mianem Sitha, w ramach credo: jesteś z nami lub przeciw nam. Jedi pozwalają na istnienie odłamów, jednak każda organizacja mieniąca się rycerzami Jedi musi przysiądz wierność mistrzowi zakonu. Istnieje też pojęcie odłamów nie zrzeszonych, uważane są one za wrogie i ich jakie kolwiek interakcje z Mocą są uważane za wrogie.
Dal społeczeństwa zarówno Jedi jak i Sith są mitem. W niektórych częściach galaktyki to Sithów postrzega się jako tych dobrych a Jedi jako złych, albo obie organizacje traktuje jako dokładnie to samo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz